Stan zakochania jest bardzo specyficzny. Ludzie wtedy świrują, są jak oczadzeni, nie mogą bez siebie żyć. Robią szopkę z normalnego pożegnania, po minucie od ‘no to do zobaczenia’ już wysłali sobie dziesięć czułych sms-ów, usychają z tęsknoty i potrafią przejechać pół miasta tylko po to, żeby dać sobie buzi. Ach, gdyby tak móc być ze sobą bez przerwy! Hm… a jakiż to kłopot? Po cóż żegnać się, cierpieć, umierać? To nie epoka wiktoriańska. Po prostu zamieszkajmy razem. I tak spędzamy tyle czasu we dwójkę, że prawie jesteśmy współlokatorami.

Tu kłania się ‘prawie robi różnicę’. Być u kogoś w gościach, choćby i kilka dni pod rząd, a dzielić mieszkanie na stałe, to w żadnym razie nie to samo, nawet dla śmiertelnie zakochanych w sobie ludzi. Wspólne M to zawsze zaproszenie kogoś do swojego życia. Brzmi świetnie, ale chwila, chwila, czy to aby przypadkiem nie za wcześnie na podobne deklaracje?

Na wariackich papierach

W fazie silnego zauroczenia rozsądek bierze sobie wolne. Wszystko wydaje się takie proste i oczywiste, co ma dobre strony, bo człowiek daje się wreszcie porwać emocjom zamiast na każdym kroku kalkulować, czy coś się opłaca. Niemniej pójście na żywioł ma swoje konsekwencje. Początkowo może się tego nie czuje, ale żaden huragan nie trwa wiecznie, i gdy hormony się wyciszają, do mózgu dociera coraz więcej sygnałów z zewnątrz. W tym i ten informujący, jak mocno zmienił się nasz związkowy status.

Nie, nie musi iść za tym wielki żal i rozgoryczenie, że tak głupio dało się wciągnąć do więzienia. Szybka wprowadzka do ukochanego to nie wyrok i owszem, szalony romans jak najbardziej może się przerodzić w coś trwałego i poważnego. Jednakże nader często osoby z takim doświadczeniem na koncie przyznają, że stało się to za szybko, dzisiaj dałyby sobie jeszcze kilka miesięcy do namysłu. Najwyraźniej więc jest coś na rzeczy.

Dlaczego szybkie zamieszkanie razem to ryzykowny pomysł? Wspólny dom to nie randka w parku, a skąd pewność, że można obcej osobie zaufać na tyle, by związać z nią swój los? Tak, obcej, bo kilka tygodni spędzonych głównie na obściskiwaniu się to trochę za mało, by dobrze kogoś poznać. Załóżmy jednak, że to nie kolejny Patrick Bateman. W dalszym ciągu wychodzi, że to trochę wariactwo. Bo fajnie mieć kogoś dla siebie przez 24 godziny na dobę, ale nierzadko ceną za to jest odarcie związku z czegoś wyjątkowego, tego euforycznego etapu, którego nie da się narobić w przyszłości.

A miało być tak pięknie…

W początkach miłości najpiękniejsza jest cała ta tajemnica, to odkrywanie się wzajemne i tak, tak – tęsknota. Właśnie ona w dużym stopniu podkręca atmosferę, bo trzeba ciągle z czymś walczyć i kombinować, by wyrwać jak najwięcej czasu na miłosne uniesienia. Potem przeżywa się w samotności, co powiedział, jak dotknął, gdzie pocałował, czym pachnął. I tęskne telefony, pikantne sms-y, wreszcie przyjeżdżanie w środku nocy, bo jednak nie dało się wytrzymać z dala od siebie… Te katusze składają się na ów unikalny klimat, o którym później pamięta się długie lata. Po zamieszkaniu razem, słodkiego cierpienia jest zwykle mniej. Rodząca się miłość gubi gdzieś swoją aurę tajemniczości i niedostępności. Oczywiście, są tacy, co potrafią tajemniczą magię utrzymać gnieżdżąc się razem na 19 metrach kwadratowych. Ale dla wielu par oznacza to po prostu szybsze przejście na tryb stabilizacja.

Drugi minusik, jako współlokatorzy zdecydowanie rzadziej chodzimy na randki. Pewnie, randki da się organizować w domu, ale bądźmy szczerzy, pod wspólnym dachem szybciej się to nudzi i trudniej utrzymać wysoką temperaturę. Zwyczajnie mniej się chce, bo i motywacja inna – nie trzeba już kombinować, by kogoś z domu wyciągnąć, ten ktoś już jest pod ręką. Nie znaczy to, że od razu całkowicie się kapcieje, ale po prostu, jest większa pokusa, by troszku sobie odpuścić. No bo po co wychodzić do knajpy, skoro w domu ugotujemy równie pyszne spaghetti? Po co do kina, kiedy w domu wypasiony telewizor? Robi się tak… swojsko, co jest bardzo przyjemne, ale niekoniecznie na samym początku związku. Ciepły spokój jest dobry raczej na późniejsze, ‘osiadłe’ fazy.

Przede wszystkim jednak zapomina się o tym, że życie pod jednym dachem to nie tylko więcej seksu i przeróżnych dodatkowych przyjemności. To także zupełnie nowe obowiązki i zmiana części nawyków, plus pakiecik z przyzwyczajeniami drugiej osoby, którą przy okazji poznaje się z nieco gorszej strony, na zasadzie ‘ona taka słodka, ale z rana jest naprawdę upierdliwa’. Traci się, w sumie dość niespodziewanie, kawałek swojej wolności i niezależności. Niespodziewanie, bo w stanie zauroczenia nie brało się pod uwagę tego, że ukochana osoba może w jakiś sposób ograniczać. Tak się jednak dzieje, bo mieszkając razem, nie da się z niczego nie zrezygnować. Na przykład z tego, że zanim wyszło się na randkę, można było chodzić po salonie w powyciąganych gaciach i bezkarnie drapać się po tyłku.

Zderzenie z twardą ścianą?

Można powiedzieć – to nawet lepiej, szybciej się przekonamy, czy do siebie pasujemy, czy umiemy tolerować swoje wady. Jeśli to tylko zwykłe zauroczenie, a nie prawdziwa miłość, łatwiej będzie się rozstać. Nie narobimy sobie bałaganu w życiu, tracąc czas na związek, który nie miał prawa się udać. Ale to niezupełnie tak. Nawyki drugiej strony nie złoszczą tylko dlatego, że ktoś nie lubi niezakręconej pasty do zębów czy seriali o policjantach. Irytacja wynika po części stąd, że zbyt wcześnie pojawiła się konieczność pójścia na podobne ustępstwa. Jest takie poczucie, jakby ktoś nas z czegoś okradał.

Z takiej przyjemnej beztroski, która towarzyszy początkom głębokiego uczucia. Tu nie ma miejsca na prozaiczne, codzienne sprawy, zamiast tego jest fantazja, radość, trzepotanie rzęsami. Nie jest się jeszcze jedną z tych smutnych par, które pochylają się z troską nad umową o kredyt i biorą urlop, żeby pomalować łazienkę – na to zawsze jest czas, po co dobrowolnie przywoływać szare chmury, gdy nad głową ma się piękną tęczę?

Skacząc na głęboką wodę, nie zawsze jesteśmy właściwie przygotowani na to, co nas spotka. Liczymy na przygodę i ekscytację, zamiast tego dostajemy rzeczy średnio miłe, jak obce włosy w umywalce i fałszowanie przy goleniu. Świergoczące gołąbki często nie są na takie niespodzianki przygotowane, burzy to ich wizję idealnego gniazdka. Szykując przeprowadzkę pod wpływem chwili, mamy bowiem w głowie niemal wyłącznie romantyczne wizje wspólnego życia, a więc urocze kolacyjki, poranny seks pod prysznicem, śniadanka w łóżku. Tak, niby wiemy, że w realu jest inaczej niż w filmach, mimo to gdzieś tam w sercu rodzi się nadzieja ‘z nami będzie inaczej’.

Cierpliwość popłaca?

Podejmowanie tak ważnej decyzji pod wpływem silnych emocji bywa zwodnicze. Zauroczeni sobą kochankowie patrzą przez różowe okulary, bagatelizują wady, wyśmiewają trudności, bujają w obłokach po prostu. A zamieszkanie razem jest czasem jak lądowanie na betonie. Twarde fakty. Decydując się na przeprowadzkę ‘na trzeźwo’, mamy szerszy i bardziej obiektywny ogląd sytuacji. To nie tylko motyle w brzuchu, ale i życiowe konkrety, które za czas jakiś będą decydować o jakości związku. Zaskoczenie wciąż jest, ale trochę mniejsze, bo pewne niedogodności bierze się już pod uwagę.

Kiedy jednak ten moment następuje? Po trzech miesiącach? Sześciu? Po roku? Po dwóch latach? Długie czekanie wcale nie jest łatwiejsze, bo przecież propozycja wspólnego zamieszkania to ważny test dla związku. I kiedy kolejny miesiąc mija, a tu bez zmian kursy między jednym mieszkaniem a drugim, w ustach pojawia się coraz wyraźniejszy smak goryczy. Dlaczego żyjemy osobno? Nie kocha mnie? A może jestem tylko do łóżka, może liczy na kogoś znacznie lepszego? Do kiedy powinnam czekać na gest z jego strony?

Powszechnie uważa się, że 12-18 miesięcy związkowego stażu to najlepsza pora na podjęcie decyzji o zamieszkaniu razem. Wiadomo już mniej więcej kto zacz, czego się po nim spodziewać. A rok to wystarczająco długo, by zrozumieć, czy druga połówka ma zostać na zawsze, czy jednak nie za bardzo widzi się wspólną przyszłość. Przedłużanie tego momentu w nieskończoność wcale miłości nie służy. Bo gdy po pięciu latach bycie razem wciąż oznacza trzy randki tygodniowo, a nocowanie u siebie jest wydarzeniem, to trudno mówić o jakiejś wielkiej bliskości. Co gorsza, ma się przed oczami wyłącznie ten wyidealizowany obraz drugiej osoby. Ona zawsze w ładnej sukience, on z idealnie przystrzyżoną brodą, podczas randki głównie czułości, lekko, przyjemnie, bez większych zobowiązań. Tak się przyzwyczajamy do randkowych wersji siebie, że przejście na wyższy poziom, kończy się poważnym szokiem. I wychodzi na to, że czas spędzony razem był poniekąd czasem straconym.

Przerażająca liczba mnoga

Rzecz jasna, reguły nie ma. Dla jednych korzystniejsza jest droga na hurra, inni muszą mieć czas na dogłębną analizę. Zwlekanie z przeprowadzką nie jest od razu zwiastunem czegoś złego, niektórzy zwyczajnie potrzebują dojrzeć, a chyba lepiej, gdy ktoś zrobi coś później, lecz z pełnym przekonaniem, niż szybko i bezmyślnie. Tym bardziej, że zamieszkanie ze sobą bynajmniej nie oznacza automatycznie wielkiej miłości i oddania, a poziom zaangażowania da się ocenić także innymi metodami.

Na pewno dobrym momentem jest dojście do wniosku, że chce się tego mieszkania nie tylko dla własnych korzyści i rozrywki, ale i dla stworzenia czegoś znacznie głębszego, na dobre i na złe. Gdy pojawia się świadomość, że w związku liczą się potrzeby obojga partnerów i o nie też chce się dbać. To brzmi strasznie banalnie, jak cytat z głupawego poradnika dla nieogarniętych życiowo, ale tak serio, czy w tych banałach nie kryje się recepta na udany związek? I może właśnie dlatego, że to takie oczywiste, wielu ludzi o tych prostych zasadach zapomina. Co kończy się smutną porażką i pakowaniem walizek.

We wspólnym mieszkaniu ważniejsze od ‘kiedy?’ jest ‘po co?’. Jak ktoś oczekuje walentynek na okrągło, srogo się rozczaruje. Ale widząc w tym bagno i życie na łańcuchu też popełnia się błąd, nastawiając się z góry na klęskę i karę za grzechy z poprzedniego wcielenia.

Ostatnie stadium

Kłótnie są również o rozjeżdżające się oczekiwania. A te się rozjeżdżają z braku rzeczowej umowy. I rzeczywiście, kłopot ten wyjątkowo bliski jest parom, które dały się ponieść fali uczuć. No bo kto w stanie pełnego upojenia będzie rozmawiał o opłatach za kablówkę i myciu sedesu?

Patrzymy razem w gwiazdy, jak tu w takiej chwili zagaić, no wiesz, a co z praniem i prasowaniem? Niestety, brutalna prawda jest taka, że zakochane gołąbeczki z reguły mają różne wizje wspólnego życia. Kobiety oczekują czegoś innego niż faceci. Przeprowadzka w odsłonie romantycznej daje piękny początek oraz szerokie pole do późniejszych konfliktów. I dopóki najważniejszych spraw się nie przegada, reguł nie ustali, siedzi się na beczce pełnej prochu. Dość powiedzieć, że to właśnie te przyziemne, na pozór śmieszne sprawy stają się kością niezgody – najczęściej wymieniane powody rozstania, i w konsekwencji wyprowadzki, to nierówny podział obowiązków domowych oraz sprawy finansowe.

Jest jeszcze jeden problem – kwestia pierścionka. Wiele dziewczyn traktuje zamieszkanie razem jako preludium do małżeństwa. Jest to dla nich oczywiste. Nawet gdy facet niespecjalnie się do ożenku pali, one liczą na to, że ‘zabawa w dom’ nakłoni ich do zmiany zdania i zakończy się oświadczynami.

Wprawdzie spada nam ciśnienie na legalizację związku, jednak wciąż jest masa kobiet, które absolutnie nie zamierzają rezygnować z białej sukni oraz ‘tak’ wypowiadanego w kościele. Zaś praktyka pokazuje, że mieszkanie bez ślubu często odracza moment wymiany obrączek albo w ogóle do tego zniechęca. Zwłaszcza gdy decyzja o przeprowadzce podjęta była pochopnie.

18 KOMENTARZE

  1. Powiem z własnego doświadczenia: do wspólnego zamieszkania się dojrzewa, gdy mamy już dość randkowania, rozstawania sie w najprzyjemniejszym momencie, gdy tęsknota staje się męcząca to lepiej zamieszkać razem , to nawet taniej. W moich czasach było to utrudnione o tyle, ze nie było mieszkań na wynajem, najwyżej pokoje dla studentów, dziś nie czekałabym ani chwili, bo lepiej można sie poznać w codziennym życiu. Mój syn ma 25 lat i od roku mieszka z ukochaną.
    Niektórzy niestety nigdy nie dojrzeją do wspólnego życia, ale to inna historia.
    Pozdrawiam:-)

  2. Otóż właśnie…… Jak post zaczyna się np. od słów” Znamy się pól roku, a mieszkamy ze sobą od 3 miesięcy”.. to wiadomo, że już mamy problem… bo gdyby go nie było, nie byłoby listu.
    “Pyszne spaghetti możemy sami zrobić w domu”? A owszem, ale… na ogół potem się okazuje, że nie wiadomo kto ma umyć naczynia.
    Ja z moim facetem zamieszkaliśmy ze sobą po ponad roku “dojeżdżania do siebie” na kilka dni. (mieszkaliśmy 150 km od siebie). I nie, nie było od razu “różowo”, docieramy się ze sobą do dziś. Ale ileż mamy wspólnych fajnych wspomnień z tego najwcześniejszego okresu! “A pamiętasz jak wtedy w tych krzakach, hihi…”.. Nic tak nie spaja związku jak wspomnienia pierwszych wspólnych szaleństw.

    • My zamieszkaliśmy razem po 10 latach i 300 km. I też się docieraliśmy. Oj początki były ciężkie!

      Najlepszym czasem na wspólne zamieszkanie jest wtedy gdy oboje są gotowi na wspólne zamieszkanie. I tyle. Jeśli ktoś ni ejest gotowy i zrobi to na przekór sobie – dobrze nie bedzie.

    • Może raczej: są pewne reguły, ale jak to z regułami – są też i wyjątki od nich. Serdecznie Wam gratuluję. Szczęściarze z Was:)

      • No to pobiłaś mój rekord :D. Po tygodniu pomieszkiwaliśmy razem. Po dwóch miesiącach oświadczył mi się. A pobraliśmy się po siedmiu tylko dlatego, że chcieliśmy aby data ślubu była taka sama jak data poznania 🙂 Minęło już 24 lata

  3. Wg mnie dobrze wcześniej zamieszkać razem bo nic nie pokazuje charakteru człowieka jak właśnie to. Często ludzie mówią zobaczysz zmieni się po ślubie ale to nie prawda. Wystarczy ze sobą zamieszkać a wtedy wychodzą różne rzeczy i albo je zaakceptujemy i będziemy się docierać albo stwierdzimy że to jednak nie ten. Wtedy często też spadają tzw różowe okulary.

    • Oj tak. I wtedy przynajmniej nie mamy do siebie pretensji ze stracilismy lata na spotkania a tu po wspolnym zamieszkaniu rozczarowanie

      • Ale przecież nikt tu nie twierdzi, że ze wspólnym zamieszkaniem trzeba czekać do ślubu. Jestem jak najbardziej ZA zamieszkaniem przed oficjalnym zawarciem małżeństwa.

  4. ja mam zdanie podzielone bo z jednej strony widzimy zalety i wady partnera, ktore bysmy nie zobaczyly tylko randkujac. z drugiej strony taka aura tajemniczosci znika. mamy sie na codzien, jesli to nowy zwiazek, to mozemy sie znudzic bo w sumie juz wszystko mamy na tacy. ja zawsze bylam za opcja pomieszkiwania u siebie, czy to w tygodniu, czy na weekend, ale mieszkanie razem dopiero kiedy zwiazek wejdzie w powazniejsza faze, jak zareczyny czy slub.

    • “z drugiej strony taka aura tajemniczosci znika. mamy sie na codzien, jesli to nowy zwiazek, to mozemy sie znudzic” ale to samo można by powiedzieć gdy para jest już zaręczona i idzie na swoje, też tak naprawdę na nowo odkrywa wzajemnie swoje cechy których wcześniej druga połówka nie dostrzegała, i tak samo można mówić o znudzeniu, jak dla mnie nie ma znaczenia na którym etapie związku powinno się zamieszkać, a na którym jeszcze nie. Do zamieszkania razem potrzebna jest dojrzałość psychiczna i umiejętność rozwiązywania konfliktów. Znam pewną parę która zamieszkała ze sobą po miesiącu chodzenia, i pobrała po pół roku, mają dzieci i są szczęśliwi po dziś dzień.

      • Katarzyna, to wspaniale, że tak dobrze się dobrali. Do tego potrzebna empatia, kompromisy i szacunek “klik” i już 🙂 Zakładając, że ja posiadam dojrzałość psychiczną i umiejętność rozwiązywania konfliktów, poznaję mężczyznę i w miesiąc nie odkryję czy on posiada te cechy, oraz inne, które dla mnie indywidualnie też są ważne. To jest jak loteria, albo się uda, albo nie.
        A jeżeli poświecę więcej czasu na poznanie przestaje to być loterią…

        • Przewołam tutaj przykład jakim jest małżeństwo moich rodziców 🙂 Moja matka była z ojcem przed ślubem około 2 lata, pobrali się i zamieszkali, od razu po zamieszkaniu wyszły jego wady których wcześniej nie pokazywał. Dość spore wady: hipokryzja, choleryzm i takie tam

          • Katarzyna, rozumiem. To tak jak u mnie. Też chodziłam 2 lata, a po ślubie wyszły wady ukryte 😉 Nauczyłam się, nie kupuje się kota w worku 🙂
            Myślałam o tym pisząc, że mieli szczęście “pewną parę która zamieszkała ze sobą po miesiącu chodzenia, i pobrała po pół roku, mają dzieci i są szczęśliwi po dziś dzień” Niech im się szczęści dalej

  5. Ja zamieszkalam ze swoim partnerem po roku, jak już trochę się pospotykalismy, jak zaczęłam zostawać u niego na weekendy, jak po prostu oboje chcieliśmy, nie odrazu, jak już lepiej się poznalismy by poznać się jeszcze lepiej mieszkając razem i zobaczyć czy wytrzymamy ze sobą, dogadujemy się na codzień czy dajemy sobie przestrzeń i nie siedzimy sobie na głowie

  6. W takich sprawach najważniejszy jest rozsądek, któremu z miłością jakoś nie po drodze ;) 
    “Chodzenia” nie łączyłabym z wspólnym mieszkaniem… warto sobie “pochodzić”, randkować, poznać się lepiej, ale być w tym związku na tyle niezależną jednostką, że gdy coś nam nie wyjdzie łatwo faceta usunąć ze swojego życia.
    Zanim zapragniecie mieszkania w zamku z Księciuniem polecam wyjazd na wspólne wakacje. Niejednej Królewnie klapki spadły błyskawicznie z oczu po wakacjach. Pamiętam zapłakaną śliczną, dziewczynę siedzącą na ławce i stojące nad nią bydle. Bydle było agresywne, machało łapami, ryczało na cały regulator. To był deptak w środku miasta i droga do plaży. Dookoła knajpy, jadłodajnie i dzikie tłumy ludzi zainteresowanych awanturą. Rzuciła mu kluczami do pokoju. Nie chciałam się wtrącać, a bardzo mnie to poruszyło. Dziewczyna była bardzo młoda (17, 18 lat?) nie wiedziałam, czy ma pieniądze na inny nocleg, na powrót do domu, chciałam jej pomóc… poszłam, gdy podeszła do niej koleżanka.

    Moja znajoma odkochała się, gdy pojechała pod namioty z przyjaciółmi i narzeczonym, ustalili równy podział obowiązków, gdy przyszła jego kolej na mycie naczyń popatrzył na naczynia z takim wstrętem na twarzy ” ja się tego brzydzę!”
    Dziewczyna spakowała się błyskawicznie, a odkochała jeszcze szybciej. Wróciła do domu. Powiedziała, że nie będzie jego służącą, a ten wyraz obrzydzenia na jego twarzy widziałaby zawsze i w każdej chwili.
    Czasem nawet z miłością swojego życia nie da się wytrzymać pod jednym dachem  
    Z moim mężem zamieszkaliśmy razem dopiero po ślubie, chodziliśmy 2 lata. Mieszkałam już sama od 8 lat, on mieszkał z rodzicami. Teraz wiem, że to nie mogło się udać.
    Posiadając takie doświadczenia, uważam, że mieszkanie razem to świetny pomysł np 2 lata;) a potem ślub.
    Mieszkanie razem ma dla mnie sens w narzeczeństwie lub gdy nie planujemy ślubu.
    Warto sprawdzić codzienność z ukochanym. Czasem miłość może zderzyć się z egoizmem, z despotyzmem, patologiczną zazdrością, patologicznym lenistwem, bałaganiarstwem, traktowaniem kobiety jak taniej siły roboczej, materializmem, brakiem szacunku, przemocą psychiczna i fizyczną… itd
    Żadna nawet największa miłość nie wyjdzie z tego zderzenia cało, a nasz wybranek może być mistrzem kamuflażu i bez wspólnego mieszkania wcale go nie poznamy.
    Nieprawdą jest, że miłość pokona wszystkie przeszkody… tylko w bajkach i w filmach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here