Dlaczego kobiety tak uparcie próbują zmieniać swoich mężczyzn?

3
2110

Właśnie kogoś poznałaś. Jest cudownie, wspaniale, snujecie wspólne plany. Im poważniej się robi, tym większa pokusa, by jeszcze coś podkręcić, ulepszyć, przerobić. A w zasadzie to nie tyle coś, ile kogoś. Mężczyznę, tak konkretnie. Bo jak się tak jemu przyjrzeć, to idealny on nie jest. A mógłby. Powinien. Dlatego należy go w odpowiedni sposób urobić – to właśnie, zdaniem wielu kobiet, jest najlepszą receptą na udane pożycie.

Generalizując, mężczyzna decydujący się na poważny związek zazwyczaj ma nadzieję, że wybranka jego serca nigdy się nie zmieni, nie przeobrazi się z atrakcyjnej, dowcipnej dziewczyny w jędzę z wałkami. Kobieta natomiast często się łudzi, że swojego mężczyznę zmieni. Jest fajnie, ale kto powiedział, że nie może być jeszcze fajniej?

Mężczyzna ‘po mojemu’

Kłopoty zaczynają się od sławnej listy ‘co mężczyzna mieć powinien’. Jest ona pełna nierealnych żądań, dlatego szybko przechodzi się do innej taktyki – nie szukamy ideału, szukamy materiału do przeróbki. Jest coś takiego w wielu kobietach, że wchodzą w związki z nieodpowiednimi facetami z taką nadzieją, że sobie wychowają idealnych partnerów i wtedy będzie git. Wiążą się z byle kim, bo samej być trochę wstyd. Czują, że status singielki tylko na pozór jest fajny, tak naprawdę otoczenie zawsze się zastanawia, dlaczego ona jest sama, co z nią nie tak? Więc zamiast czekać na tego właściwego, łapią się pierwszej lepszej szansy na związek. Potem w nim tkwią, wcale nie z powodu dzieci i kredytu, raczej ze strachu, że na nowe już za późno, bezpieczniej popracować nad tym, co pod ręką.

I tak zaczyna się urabianie faceta. Próba nadania konkretnych cech, wymuszanie określonych zachowań, wprowadzanie zmian w wyglądzie, sposobie myślenia, poglądach, priorytetach. Nawet gdy początkowo facet naprawdę się podobał, to z czasem dostrzega się przede wszystkim jego niedostatki. I te wady traktowane są jako osobista porażka, że jak on śmie być taki nieidealny, przy mnie? To nie przejdzie. Nieważne, czego braki dotyczą, schemat jest zawsze ten sam, mężczyzna musi się dopasować do tego, co jego partnerka uważa za słuszne.

Nie chodzi tu o normalną pracę nad związkiem, a o zwykłą roszczeniowość. Mąż jest mój, dlatego będzie tańczył, jak mu zagram. Co z tego, że on ma wrażliwą duszę i jest nieśmiały? Ja go przerobię na drapieżnego biznesmena. Sprawię, że przestanie ciągle dłubać w silnikach, tylko zacznie chodzić ze mną na salsę, wernisaże i degustacje modnych win. Zmuszę go, żeby energię na bezproduktywne hobby zaczął przekierowywać na ‘wspólne cele’. To zresztą powszechne usprawiedliwienie dla urabiania faceta – chcę go zmienić, ale to przecież dla dobra związku.

Weźże się za siebie!

Fakt, wiele tych zmian przeprowadzanych jest w dobrej wierze. Kobieta pilnuje, by mąż nie spoczywał na laurach, nie marnował swoich wrodzonych talentów. Tyle że zamiast stać się muzą i natchnieniem, przemienia się w despotkę. Nie inspiruje, lecz nakazuje. Brutalnie wjeżdża na ambicję, szydzi, wytyka palcami. Ma pretensje, jeśli coś nie idzie od razu po jej myśli. Rzuca kolejne rozkazy, stale podnosi poprzeczkę, ale nawet do głowy jej nie przyjdzie, by pochwalić za to, co mężczyzna już dla niej zrobił. Jedyne, co ma do powiedzenia, to: nie umiesz, nie nadajesz się, jesteś beznadziejny, gdzie ja miałam oczy. Łatwo to odwrócić. Mąż każe żonie zainstalować kino domowe i co chwila z jadem syczy: gdzie ten kabel kretynko, czemu to jeszcze nie działa, gdzie to podpinasz, u mnie w pracy laski robią to w minutę z zamkniętymi oczami. Odechciewa się, co?

Właśnie na tym polu kobiety często popełniają błąd, skupiając się na skrajnościach. Albo schlebianie na każdym kroku, albo same roszczenia. I zapominanie, że rozwój drugiego człowieka najlepiej zacząć od siebie. Ludzie potrafią się w jakimś stopniu zmienić i poprawić, lecz tylko wtedy, gdy sami naprawdę tego chcą – robią to, ponieważ mają nadzieję zyskać w oczach ukochanej osoby, pragną czuć się godni jej miłości. Ale inspiracją do tego jest przekonanie, że wymarzona połówka jest warta tego wysiłku, bo sama jest niezwykła. A to coś zupełnie innego niż godzenie się na zmiany w imię świętego spokoju.

Zejdź im z oczu

Z drugiej strony, choć kobiety oczekują pewnego standardu, to jednocześnie robią wiele, by faceta sprowadzić w dół. Udomowić, jak to się powszechnie mówi. Tak by otoczenie zazdrościło związku, ale nie myślało o mężczyźnie w kategorii ‘ależ on fajny’. Bo to już niebezpieczne. To głównie z tego powodu kobiety pragną oswoić niegrzecznego chłopca – teraz jest ze mną, dlatego nie powinien już uwodzić świata swoją buntowniczością i łobuzerskim uśmiechem, teraz niech będzie grzeczny. Ale ten schemat nie dotyczy wyłącznie uroczych buntowników. Wystarczy, że facet jest choć trochę fajny i panie na niego patrzą, i już zaczyna się proces udomowiania.

To, co początkowo było wielką zaletą, u stałego partnera budzi wątpliwości. To cudownie, że on mnie zdobywał z taką fantazją, był taki nieobliczalny, pełen zagadek, z konwenansami w nosie. Jeśli jednak taki pozostanie, zawsze znajdzie się małpa pragnąca go odbić, a chłop jak to chłop, łasy na pochlebstwa i nieodporny na damskie wdzięki. Zmieniając go, minimalizuje się ryzyko zdrady. W pewien sposób przymusza do pozostania, bo nawet gdy faceta męczy takie życie, to jest do tego stopnia urobiony, że już mu się nie chce szukać nowej dziewczyny, a stał się na tyle nieciekawy, że okazje raczej same nie pchają się mu w ręce.

Najgorsze jest to, że taki dopasowany do nowego wzorca mężczyzna stał się nudny i okropny dla partnerki, która tyle trudu włożyła, by go do obecnego stanu doprowadzić. Ona ani trochę nie jest dumna ze swojego dzieła. Widzi faceta nijakiego, szarego, przewidywalnego, bez pazura. Nie pociąga wyglądem, nie pociąga zachowaniem. Żeby chociaż patrzył z czułością… Ale nie, jeśli jego wzrok cokolwiek wyraża, to głównie zniechęcenie.

Nie chodzi zresztą tylko o odbieranie atrakcyjności. Kobiety w związkach często się boją, że jakakolwiek różnica pomiędzy partnerami doprowadzi do konfliktu i w efekcie do rozstania. Dla wielu kobiet udany związek to taki, w którym panuje stuprocentowa jednomyślność, związek to przecież jedność. To zaś się sprawdza w kwestiach fundamentalnych, lecz nie na poziomie drobiazgów, mimo to kobiety dążą do wyeliminowania jakichkolwiek punktów zapalnych – facet ma mieć te same opinie, poglądy, wartości, od religii po wybór ulubionej zupy. A potem narzekają, jaki to on nudny i niczym nie zaskakuje.

Ileż można?

To dlaczego kobieta po prostu nie odejdzie, skoro widzi, że gość kompletnie jej nie odpowiada? Po co w ogóle ten związek zaczyna? Jak wciąż, po tylu latach, można wierzyć w bajki o wychowywaniu sobie męża? Ludzie nie są z plasteliny, nie da się ich wymodelować według własnego widzimisię. Trzeba mądrzej wybierać i uczyć się na błędach.

Tyle że dla kobiety nie jest to taka prosta sprawa. Podwójne standardy są w dalszym ciągu obecne, dlatego pewnych rzeczy kobiecie robić nie wypada. Do nich zalicza się ‘rozwiązłość’. Mężczyzna ma prawo popełniać błędy i nawet gdy będzie miał 30 narzeczonych, niewielu spojrzy na niego krzywo. Ludzie go wręcz usprawiedliwią, że taki biedny, tyle czasu musiał szukać tej jedynej, kobiety to jednak podłe istoty, ciężko znaleźć jaką porządną. Czy kobieta też ma takie prawo do poszukiwania szczęścia? Tylko teoretycznie. Przy jej próbach ułożenia sobie życia nagle wszyscy wokół stają się konserwatystami i kręcą z dezaprobatą głową, że kto to widział, kolejny facet! Powoli przykleja się do niej łatka puszczalskiej, a to dopiero początek krytyki. Skoro bowiem ona jest w którymś tam z rzędu związku, to najwyraźniej jędza, nie idzie z nią wytrzymać, pewnie zadziera nosa, ma nie wiadomo jakie oczekiwania. Gdyby była wartościowa, od razu trafiłaby na mężczyznę godnego zaufania. Nie trafiła, wnioski nasuwają się same. Mężczyzna po rozstaniu odzyskuje wolność i uwalnia się od zołzy, kobieta po rozstaniu to chodząca porażka robiąca dobrą minę do złej gry.

Dlatego mnóstwo kobiet panicznie boi się rozstania, bo do bólu związanego z utratą dochodzi jeszcze miażdżąca ocena otoczenia, którą nie tak łatwo zignorować. Boją się być tymi, których ‘nikt nie chce’. Wolą się pomęczyć, w nadziei, że ich wysiłek kiedyś w końcu się opłaci. Zwłaszcza, że każda kolejna nieudana znajomość podkopuje wiarę w siebie, no i jeszcze ta diabelska biologia, odejmująca kobiecie punktów, po prostu nie ma czasu na fochy, wybrzydzanie i zaczynanie po raz kolejny od nowa. Ten tutaj jest przynajmniej dobrze znany, co oznacza mniejsze ryzyko. Poza tym on nie jest jakimś skończonym potworem, bez przesady, wystarczy, żeby zmienił w sobie parę rzeczy.

Kiedy minusy przysłaniają plusy

W tych rzeczach nie chodzi zresztą zawsze o jakieś urojone wady. Bardzo często kobieta chce jedynie skłonić faceta do tego, by poważniej traktował wspólne bycie razem – to nie tyle zmienianie go, co uczenie zdrowych zasad związku. Próba pokazania, że do tanga trzeba dwojga i on też musi dać coś od siebie. Błąd jednak polega na tym, że kobieta ratuje związek niewłaściwymi metodami. Nie zaczyna szczerej, poważnej rozmowy, bo przecież faceci tego nie znoszą. No to stawia przed facetem ‘zadania’ i ‘wyzwania’, tyle że przypominają one właśnie te wspomniane wcześniej rozkazy. Bez tłumaczenia po co, dlatego ciężko się zorientować, że to próba spojenia związku, a nie kolejne, dziwaczne roszczenie bez sensu.

Winne jest też romantyczno-naiwne przekonanie kobiet, że w miłości musi być idealnie. Facet musi być idealny. Kobieta ma być idealna. A jeśli jest 70 procent, to nie warto na nie zwracać uwagi, trzeba skupiać się na tych brakujących 30. To właśnie kobiety częściej nie potrafią przejść do porządku dziennego nad jakąś wadą, choćby to była w sumie głupota, nic takiego w porównaniu z tym, co mężczyzna do związku wnosi. Zamiast skupić się na rozwijaniu dobrych 70 procent zmieniają uparcie to, na co lepiej byłoby machnąć ręką. I tym sposobem to, co miało zamienić związek w byt idealny, stało się przyczyną jego ostatecznego upadku.

3 KOMENTARZE

  1. Ja za to miałam byłego już (na szczęscie) partnera, który probował mnie zmienić pod swoje dyktando. Związek nie trwał długo a ja jako nastolatka jeszcze wtedy naprawdę próbowałam ruszyć niebo i ziemię, aby mu się przypodobać.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here