Poród rodzinny – cementuje związek czy może oddala?

4429

Poród rodzinny to dzisiaj standard. Stał się tak powszechny, że dużo bardziej dziwi kobieta rodząca w pojedynkę niż mąż przecinający pępowinę. Poród stał się sprawą wspólną – mężczyzna nie jest wyłącznie od poczęcia, bierze na siebie także cząstkę trudu związanego z wydaniem na świat małego człowieczka. Tylko czy obecność na sali porodowej to wyraz prawdziwego męskiego pragnienia, czy może raczej efekt mody albo presji otoczenia?

Bo choć poród rodzinny zdaje się mieć więcej zwolenników niż przeciwników, coraz częściej słychać głosy, jak to rodzenie we dwójkę kładzie się długim cieniem na dalszym pożyciu. Nie ma żadnych ekstatycznych uniesień, są nocne koszmary. ‘Piękne chwile’ to głównie nieprzyjemne spięcia. A patrząc na żonę, widzi się tylko jej pokiereszowane krocze. Czy warto tak ryzykować?

Poród rodzinny. We dwójkę raźniej

Dzisiejsza obecność męża przy porodzie to po części efekt tego, że rodzenie przeniosło się z domów do szpitali. Dawniej rodząca miała przy sobie akuszerkę, matkę, babkę, siostry, ciotki albo sąsiadki. W szpitalu nagle została zupełnie sama. Poprawiło się bezpieczeństwo, ale jednocześnie poród stał się bezduszny, a mało sympatyczne podejście personelu medycznego tylko potęgowało poczucie osamotnienia i strachu. Zaczęto więc wracać do tradycji rodzenia ‘w towarzystwie’ – w sali porodowej pojawił się przyszły tata.

I bardzo szybko kobiety doceniły wartość takiego rozwiązania. Mieć obok siebie kogoś bliskiego – bezcenne, i to nie tylko ze względu na psychiczne wsparcie. Bo nie w każdym szpitalu urodzisz ‘po ludzku’. Wciąż spotyka się placówki, w których kobieta w ciąży to histeryczka, nawiedzona i rozkapryszona, w związku z czym należy ją traktować ostro oraz ignorować jej potrzeby, wszak to zwykłe fochy. Wtedy stanowczy mąż, który patrzy personelowi na ręce i bezwzględnie domaga się właściwej opieki, jest bardzo ważnym sojusznikiem.

poród rodzinny

Do tego widząc, że poród to wcale nie bułka z masłem, lecz potężny wysiłek, ojciec nabiera większego szacunku dla swojej żony. To już nie jest dla niego jakieś abstrakcyjne wydarzenie. Jest jak najbardziej realne przeżycie, z kosmicznymi emocjami, no i przecięcie pępowiny, łał, wszystko to po prostu nie do opisania. Po takich uniesieniach zdecydowana większość ojców chce powtórki i nie wyobraża sobie, by kolejne dziecko przychodziło na świat wyłącznie w towarzystwie mamy.

Poród rodzinny nie zawsze taki “idealny”. Co robić?

Nie ma się jednak co czarować, nie wszystkie rodzinne porody przebiegają według idealnego scenariusza. A nie przebiegają, ponieważ mężczyźni bardzo często przystępują do wspólnego rodzenia totalnie nieprzygotowani. Owszem, mają sporą wiedzę o skurczach, technikach oddychania, najwygodniejszych pozycjach. Tyle że wszystkie te informacje dotyczą kobiety, w końcu ona jest najważniejsza, prawda? Prawda, jednak ojciec nie jest w akcie narodzin wyłącznie statystą i dobrze gdyby wiedział o co dokładnie w jego roli chodzi.

Dla kobiet temat porodu jest czymś naturalnym. Pewne rzeczy po prostu się wie albo czuje, do tego przyszłe mamy sporo czytają, a wcześniej nasłuchały się dziesiątek opowieści o innych porodach, mogły zadawać pytania, dzielić się wrażeniami. Mężczyźni takich doświadczeń nie mają. Przybywa wprawdzie portali poświęconych ojcostwu, ale na wielu forach toczy się głównie walka o to, które podejście do kwestii rodzenia jest bardziej męskie, a rzeczowych porad, jak przetrwać poród bez większych perturbacji, jest jak na lekarstwo.

Dlatego najczęściej faceci po prostu nie wiedzą, czego się spodziewać. Wydaje im się, że humorki żony z okresu ciąży to wystarczający trening, bo czyż może być gorzej? A i owszem, bo kobietom zdarza się w trakcie porodu zachowywać nieobliczalnie, irytuje je byle głupota i mają mocno stępione poczucie humoru, więc żarcik na rozładowanie atmosfery średnio zadziała.

Niektóre mamy strasznie krzyczą, przeklinają, odreagowują swoje frustracje i ból właśnie na facecie – nie tak łatwo znieść to ze stoickim spokojem. Jest i straszliwe poczucie bezradności, że kobieta tak cierpi i w sumie to niewiele da się zrobić, by jej w tym cierpieniu ulżyć. No i nie ma jasności, kiedy wskazana jest jakaś akcja, a kiedy trzeba bezczynnie trwać, bo to najlepsze, co można w danej chwili zrobić. Uzbrojony w odpowiednią wiedzę mężczyzna radzi sobie zdecydowanie lepiej i przede wszystkim czuje, że jego obecność faktycznie miała sens – nawet jeśli dla niego poród nie był niczym wzniosłym, przynajmniej ma świadomość, że naprawdę przydał się żonie.

Sucha wiedza to jednak nie wszystko. Zapomina się często, że dla faceta to również wielkie przeżycie. Zgoda, nie czuje bólu, to nie jego ciało poddawane jest fizycznym torturom, ale wciąż – właśnie rodzi się jego dziecko. I on to naprawdę przeżywa, zszokowany, jak potężne potrafią być emocje i jak trudno je ogarnąć. Co gorsza, niekoniecznie są to emocje pozytywne, gdyż dla niektórych facetów wspólny poród to zwykła trauma, z której nie potrafią się otrząsnąć. Co ich tak przeraża?

Łóżko tylko do spania

Kwestie estetyczne, tak to nazwijmy. Narodziny nazywane są ‘cudem’, ale to w sumie dość brutalne przeżycie, niewiele w nim poezji i czystego, nieskalanego piękna. Najbardziej krytyczna jest oczywiście ostatnia faza porodu. Kobieta prezentuje się wtedy mało apetycznie, jest wymęczona, w niezbyt ciekawej pozie, umazana różnymi płynami fizjologicznymi, a dziecko, też niezbyt urodziwe, wychodzi jej spomiędzy ud. Drastyczny widok, który prowadzi wprost do tego, że młoda mamusia przestaje podniecać.

I właśnie ta sprawa budzi największe kontrowersje. Faceci nie chcą oglądać rodzącej, czują odrazę, choć w rzeczywistości najbardziej makabryczne są wytwory ich wyobraźni – ci, którzy zobaczyli poród na własne oczy, często przyznają, że w sumie nie było to aż tak dramatyczne, wprawdzie nic pięknego, ale i nic prawdziwie obrzydliwego. Niemniej dla wielu mężczyzn jest to widok nie do przyjęcia. Po prostu nie, rozkraczona kobieta wydalająca z siebie dziwnego stworka budzi różne uczucia, ale na pewno nie jest to pożądanie. A ów obraz wrzyna się w pamięć tak mocno, że o dalszym udanym pożyciu nie może być mowy.

Czyli co, żona nie ma prawa się spocić, pobrudzić, zasapać? Jedyna jej wartość to dostępność seksualna i ładny wygląd ‘miejsc strategicznych’? Pewnie, seksu w związku bagatelizować nie wolno, tylko czy naprawdę kobieta ma być sprowadzana wyłącznie do roli podniecającej kochanki? Cóż, może to płytkie, ale nie ma co zaklinać rzeczywistości, niektórzy faceci dokładnie tak zareagują i żona zostanie dla nich już wyłącznie matką, a nie kobietą. Łatwo się domyślić, jakie to będzie mieć konsekwencje dla przyszłości związku.

Ta kwestia dzieli także samych mężczyzn. Zwolennicy ‘tradycji’ mają swoje racje i nie da się ich przecież zmusić siłą, żeby polubili na żądanie coś, co ich odrzuca. Fakt, poród to tylko biologia, lecz w mało sympatycznej postaci. Chcemy być dla siebie atrakcyjni, dlatego do toalety chodzi się osobno, a żona nie wymienia przy mężu zabrudzonej podpaski, łatwo zgadnąć dlaczego. Ale dla zwolenników wspólnego rodzenia to żaden argument – żyjąc razem, siłą rzeczy widujemy się w różnych ‘nieestetycznych’ sytuacjach. Ludzie miewają krępujące dolegliwości, czasami choroba przykuwa do łóżka i co wtedy, rozejść się, no bo jak można kochać męża, któremu podaje się basen? Po co komuś żona, łysa i wychudzona po chemioterapii? Zresztą nie trzeba sięgać po takie ekstrema – małżonek nie zawsze jest piękny i pachnący, do pralki wkłada się jego brudną bieliznę, czuje nieświeży oddech rano, przyłapuje na dłubaniu w nosie czy soczystym bekaniu. Dlaczego więc nagle podczas porodu fizjologia wywołuje takie poruszenie?

Poród rodzinny. Mit krwawej jatki

Tak naprawdę bardzo ciężko znaleźć rzetelne badania potwierdzające negatywny wpływ rodzinnego porodu na życie seksualne. Wśród specjalistów zdania są podzielone i nierzadko da się zauważyć, że wygłaszane na ten temat teorie to bardziej własne, subiektywne odczucia niż poparta twardymi danymi wiedza medyczna. To, że związek się sypie, a para przestaje się wzajemnie pożądać, częściej jest wynikiem macierzyństwa niż samego porodu – kobieta ma mniej czasu dla męża, rola matki zbyt mocno ją pochłania, jest zmęczenie, stres, zaniedbanie, partnerzy odsuwają się od siebie i mamy kryzys. Czy rodzenie solo mogłoby temu zapobiec? Ryzykowna teza, w końcu kiedyś mężowie czekali za drzwiami, a i tak zdradzali swoje żony bądź się z nimi rozwodzili.

Argument o ‘obrzydzeniu’ sobie żony ma jeszcze jedną słabość. Rodzenie to przecież nie tylko ‘wypychanie’ dziecka z brzucha, kałuże krwi i wyciąganie łożyska. Dla wielu mężczyzn poród rodzinny sprowadza się do ostatnich minut, choć ich obecność tak naprawdę najbardziej potrzebna jest we wcześniejszych fazach, gdy przydaje się ktoś, kto poda picie, poprawi poduszki, pomoże zmienić pozycję, pomasuje, powie coś miłego, założy skarpetki, podtrzyma za ramię podczas spaceru. Kobiety wcale tak się nie upierają przy tym, żeby mąż towarzyszył do samego końca, nierzadko proszą partnerów o wyjście, by bez skrępowania dokończyć dzieła. Zresztą, i w tym momencie da się wszystko zorganizować tak, by tej nieszczęsnej, przepychającej się główki i przerażającego krocza nie było widać.

Oddzielamy mężczyzn od chłopców?

W dyskusji o rodzinnych porodach widać wyraźnie dwie frakcje. Dla pierwszej wspólne rodzenie to oczywista oczywistość. Odpowiedzialny, prawdziwy mężczyzna nie opuszcza swojej żony w takim momencie, wymiękają pipki w krótkich spodenkach, niegodne miana prawdziwego partnera. Druga partia zbywa to szyderczym śmiechem – mężczyzna może się sprawdzić na milion sposobów, a udział w porodzie to szansa dla najmiększych, co to na niedźwiedzia nie zapolują, tyle ich, że sobie pozgrywają chojraków na szpitalnej sali.

I jest w tym szczypta prawdy. Niechęć do oglądania rodzącej żony nie musi być przejawem niedojrzałości. Ktoś ma takie poglądy i już, warto to uszanować, zwłaszcza gdy okazuje się dobrym ojcem i mężem. Po prostu nie ma sensu sprowadzanie męskości do kilku godzin z życia, nawet jeśli są to godziny przełomowe – odpowiedzialność i przywiązanie da się udowodnić również podczas wychowywania potomstwa.

Niemniej łatwo zrozumieć irytację kobiet, które na szpitalnym łóżku leżą same, gdyż wychodzi na to, że komfort faceta okazał się najważniejszy. Dlaczego poród to ma być wyłącznie kobieca sprawa? Bo zawsze tak było? Zawsze też było tak, że zabiegi chirurgiczne wykonywano bez znieczulenia, lecz trudno będzie dzisiaj znaleźć faceta, który da sobie na żywca wyciąć wyrostek.

Mężczyzna ‘nie czuje się gotowy’, kobieta nie ma wyjścia, swoje musi zrobić. I w jednej chwili wychodzi, że już nie jest delikatna i słaba, spokojnie sobie poradzi, a facet, ten dzielny wojownik godny Walhalli, nagle nie jest w stanie znieść paru skrzepów krwi i głośniejszego krzyku, a udział w ‘babskich sprawach’ niemalże mu uwłacza. Choć potem powie, że to w sumie nic takiego, kobiety rodzą od tysięcy lat i nie ma co robić wielkiego zagadnienia. Może więc warto, by troszkę pocierpieli i docenili ten wysiłek?

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here