Pułapka friendzone – dlaczego w nią wpadamy?

3

Historia zaczyna się zwyczajnie. Dwójka ludzi płci odmiennej właśnie się zapoznała. Jest przyjemnie, wesoło, tworzy się nić porozumienia. Nadchodzi kolejne spotkanie, potem jeszcze jedno, znajomość wskakuje na wyższy poziom… Noooo, tak jakby. W tym sensie, że nie urodził się z tego żaden ognisty romans. Jest bliżej, rzeczywiście, ale jedna ze stron ewidentnie pragnie czegoś więcej. Druga, wszystko na to wskazuje, jest w pełni zadowolona z aktualnego statusu ‘ tylko się kumplujemy’.

Pułapka friendzone

 

Brzmi znajomo? Tak, to osławiona pułapka friendzone. Przyjaźń, która wcale nie cieszy. Ba, ona doprowadza do łez. Jest dużo gorsza od zwykłego kosza, bo człowiek nie został tak zupełnie odrzucony, tylko w okrutny sposób podtrzymuje się w nim nadzieję na lepsze jutro. A może właśnie został, tylko nie chce tego dostrzec?

Patologiczna przyjaźń

‘Strefa przyjaźni’ może i brzmi sympatycznie, ale dla tych, którzy tam trafili, to zwykłe miejsce kaźni. Jest zażyłość, wspólne żarciki, szczere pogaduchy do rana, ostre imprezowanie albo płakanie sobie w mankiet, jakieś wspólne sprawy. Niemalże pełne braterstwo dusz. Tyle że czysto platoniczne, bo dla przyjaciela jesteś jego… no, właśnie – przyjaciółką. A bez dwóch zdań wolałabyś być jego dziewczyną.

To pierwszy cios. Jest i drugi: to kumplowanie absolutnie nie przeszkadza facetowi w dalszym rozglądaniu się za idealną drugą połówką. Uważa nawet, że to świetnie mieć kumpelkę, która jako kobieta najlepiej doradzi, czym zdobyć upatrzoną konkurentkę. Chętnie się konsultuje w sprawach sercowych i łóżkowych, bo nie ma to jak świeże, kobiece spojrzenie na te tematy.

Można się wkurzyć. Można stracić w wiarę w teksty o szukaniu partnera-przyjaciela, a nie tylko ładnego ciała czy zasobnego portfela. Ale to prawda. Większość ludzi, myśląc o stałym związku, chce mieć obok siebie przyjaciela. Rzecz w tym, że owa przyjaźń to tylko jeden z fundamentów, o czym ofiary friendzone często zapominają. Zresztą, ta przyjaźń, co to się nie chce przerodzić w miłość, z prawdziwą przyjaźnią zwykle ma niewiele wspólnego. Bo tak, przyjaciel to ktoś oddany i lojalny, ale w żadnym razie nie potakiwacz i lokaj. A w klasycznej friendzone dokładnie tak to wygląda. Jest poddaństwo. Relacja typu pan-sługa.

Jak dajesz, musisz wziąć

Pułapka friendzone to nic innego jak nadmierna uległość. Znaczy co, jednak prawda, co mówią inni, że nie warto się starać? Otóż nie. Starać się warto, a nawet trzeba, konieczne jest po prostu zrozumienie różnicy pomiędzy byciem dobrym, a byciem chłopcem/dziewczynką na posyłki. Tego właśnie wiele osób tkwiących w strefie przyjaźni nie potrafi ogarnąć.

Chęć przypodobania się tej drugiej osobie jest tak wielka, że niczego się jej nie odmawia, unika się konfliktów, zapalnych sytuacji. Żeby przypadkiem nie rozdrażnić, nie popsuć humoru, nie zrazić do siebie. Jest ciągłe przytakiwanie, spełnianie wszystkich zachcianek, wręcz wychodzenie z własną inicjatywą, by jeszcze bardziej dogodzić. Wystarczy jeden telefon od przyjaciela, a rzuca się wszystko, by pomóc, pocieszyć, wysłuchać, wyręczyć. Nie żądając niczego dla siebie w zamian za wyświadczone przysługi.

Służalcza postawa ma jednak to do siebie, że nie rozpala zmysłów, lecz skutecznie je gasi. Swoich partnerów chcemy szanować, i choć lubimy, gdy ktoś coś dla nas robi i coś poświęca, to wcale nie oczekujemy bycia na każde skinienie. I tak jak mężczyźni preferują dziewczyny trudne do zdobycia, tak i kobiety pożądliwszym okiem patrzą na gości, którzy potrafią być stanowczy i umieją stawiać granice.

Czyja to wina?

Wszystko pięknie, chcemy się wzajemnie szanować, to skąd w takim razie te dziwaczne, ‘przyjacielskie’ układy? Cóż, lubimy też wygodę i jesteśmy egoistami. Gdy trafia się ktoś, kto dobrowolnie przemienia się w nasz podnóżek, ciężko oprzeć się pokusie. Mało to chwalebne, ale oddany fan podnosi samoocenę, jest użyteczny, daje poczucie wyjątkowości. Są tacy, którzy z premedytacją szukają sobie podobnych ‘przyjaciół’, inni po prostu korzystają z okazji.

Ale friendzone nie jest zawsze wynikiem czyjejś podłości i wyrachowania. To nie tak, że ktoś tam kogoś kolanem wpycha na siłę. Do strefy wiecznego koleżeństwa bardzo często pakujemy się na własne życzenie. Z przekonaniem, że to idealna strategia, by wygrać czyjeś serce.

Ofiara friendzone, niestety, nie uczy się na swoich błędach, nie wyciąga wniosków z kolejnych porażek i uparcie tkwi na stanowisku, że ‘dobro skruszy każdy kamień’. Wychodzi z założenia, że dopieszczanie przez 24 godziny na dobę załatwi sprawę, i ten ktoś wreszcie przejrzy na oczy, no musi przejrzeć. Takie trochę przekupywanie dobrymi uczynkami i tysiącem drobnych przysług. Po prostu, jest przekonanie, że wystarczy być miłym i uczynnym, by druga strona odwdzięczyła się równie głębokim, miłosnym afektem. Innej drogi nie ma, wszak po tych wszystkich aktach dobroci nagroda może być tylko jedna, a kto jej nie daje, jest skończonym draniem. Proste.

Skąd mogłem wiedzieć?

Utknąć w martwym punkcie łatwo też wtedy, gdy nawet słowem się nie zająknie o prawdziwych uczuciach. Więcej, te emocje skrzętnie się ukrywa, bo strach przed odrzuceniem, wstyd, nieśmiałość. Hahaha, no co ty, przecież tylko się przyjaźnimy! W głębi serca żywi się jednak gorące pragnienie ‘odkrycia prawdy’. On w końcu się domyśli, doceni i oczywiście odwzajemni, a dalej to już z górki.

W praktyce z tym domyślaniem idzie jak po grudzie, zwłaszcza w przypadku mężczyzn. Kobiety są lepsze w odczytywaniu drobnych, subtelnych sygnałów świadczących o większym zaangażowaniu, niż to facet deklaruje. Mężczyźni mają z tym problem, takie sprzeczne sygnały są dla nich trudniejsze do odszyfrowania, dlatego czasami zupełnie nieświadomie ciągną zabawę w przyjaciół, bo autentycznie nie mieli pojęcia, że ta laska dawała im szansę na zacieśnienie wzajemnych stosunków.

Udawanie ‘tylko koleżanki’ ma również ten skutek uboczny, że wprowadza się we wzajemne relacje zachowania, które sprawdzają się wśród kumpli, ale już niekoniecznie na poziomie damsko-męskich gierek.

Z koleżanką można kraść konie i robić niemal wszystko to, co z facetami, ale z kandydatką na dziewczynę woli się mniej kumpelskie relacje, przynajmniej na początku, gdy liczy się tajemniczość i niepewność. Bo paradoksalnie, to właśnie ta zażyła bliskość często zniechęca do romansowania.

Przyjaciele znają się na wylot, nierzadko widzieli się w różnych krępujących sytuacjach, są świadomi swoich wad i niechlubnych epizodów z przeszłości. Trudno na takim gruncie zbudować intymność, do etapu ‘łysych koni’ dochodzi się zwykle po długim czasie bycia razem.

Miłość rodząca się z przyjaźni oczywiście potrafi być fantastyczna i pełna pasji, ale może też szybko zabraknąć jej żaru, bo niewiele zostało do odkrycia, a to, co się odkryło wcześniej, psuje wizerunek delikatnej i wrażliwej damy serca. No i to, co u koleżanki jest wielką zaletą, u dziewczyny może być zwyczajnie strasznie irytującą wadą nie do przeskoczenia.

Tak, wygląd ma znaczenie

W friendzone nie ma seksu albo jest on traktowany bardzo instrumentalnie. Dziewczyna za żadne skarby nie przyzna, co sobie wyobraża, gdy go widzi w tym seksownym, białym podkoszulku. Facet w życiu nie pozwoli sobie na najmniejszy choćby seksualny podtekst, bo przecież nie chce, by ona pomyślała, że jemu tylko jedno w głowie. W ten oto sposób ‘ofiary przyjaźni’ same kopią sobie grób.

Ustawianie się w roli kogoś kompletnie niezainteresowanego seksem wcale nie podgrzewa atmosfery, bo nie o to chodzi w niedostępności i okazywaniu szacunku drugiej osobie. Romans wymaga flirtu.

Kusicielskich spojrzeń, przypadkowego dotyku, kradzionych pocałunków. Dzięki takim drobiazgom podkreśla się te znaczące różnice, zachęcające do kosmatych myśli i zupełnie innego spojrzenia na drugą osobę. Bez flirtu relacje pozostaną platoniczne, a przyjaciel szybko stanie się osobą, o której da się powiedzieć wszystko, tylko nie to, że wzbudza pożądanie.

Brak pożądania to zresztą najczęstszy powód, dla którego sprawy nie posuwają się do przodu. Jest tylko przyjaźń, bo zwyczajnie nie ma chemii. Nie iskrzy. Przyjaciółka nie rozpala lędźwi, nie marzy się o niej wieczorami, nie rozbiera się jej wzrokiem. Tego zaś nie da się przeskoczyć ‘byciem fajną’. Mężczyznom jest pod tym względem nieco łatwiej, bo mimo wszystko kobiety mogą przymknąć oko na niedostatki fizyczne, jeśli cała reszta będzie bardzo ok. W drugą stronę to raczej nie działa. Ona nie jest dla niego atrakcyjna i tu kończy temat. Jeśli jest fajna, zostanie kumpelką, ale na więcej nie ma co liczyć, choćby dwoiła się i troiła.

Koleżanka na wieczność

Wbrew obiegowej opinii, friendzone to nie jest jakiś Tartar, z którego żywy nie wyjdzie nikt. To bzdura. I często wygodna wymówka dla miłosnej porażki. Bo nie ma przymusu tkwienia w tej strefie. Pewnie, łatwo tak powiedzieć, ale skuteczniejszego rozwiązania jak dotąd nie wymyślono. Z friendzone jest podobnie jak z byciem w toksycznym związku – można go ciągnąć latami i fundować sobie koszmar plus poważne problemy psychiczne, albo zerwać, przejść fazę bezgranicznego cierpienia i spróbować ułożyć życie na nowo. Co dobrego jest w nieodwzajemnionej miłości? Jeśli nie jesteś artystą szukającym bolesnej inspiracji, lepiej odpuścić. Odejście od obiektu marzeń jest dużo zdrowsze, bo czego oczy nie widzą, sercu nie żal.

Jeśli przyjaciel od razu o tobie zapomni, znaczy nie był tego wart. Ale jest szansa, że dzięki tej rozłące zrozumie, jak ważną jesteś dla niego osobą – trudno docenić czyjąś wartość i zalety, jeśli się nie wie, jak to jest, gdy się tego kogoś straci. Można oczywiście ciągnąć wszystko po staremu przez kolejne miesiące i łudzić się, że w końcu zaskoczy, ale bardziej prawdopodobne jest, iż nic się nie zmieni, bo gdyby miało, to już dawno by się to stało. Znowu, jak w prawdziwym związku – bycie kimś zawsze dostępnym prowadzi do zachwiania równowagi sił i jedna strona cierpi. Więc albo się podwyższy swoją wartość w oczach drugiej osoby, albo pozostanie się produktem z dyskontu.

W swojej naiwności, ofiara friendzone sądzi, że pełna ofiarność to klucz do wielkiej miłości. Tymczasem niezmuszanie kogoś do podjęcia wysiłku to doskonały zniechęcacz. Nie licząc patologicznych egocentryków, ludzie lubią robić coś dla swoich bliskich, lubią się wysilać. To prosty mechanizm – inwestując w związek bardziej się go ceni.

Fałszywe nadzieje

Co trzyma zakochanych nieszczęśników przy niewdzięcznych ‘przyjaciołach’? Nadzieja, że jemu bądź jej kiedyś się w końcu odwidzi. Owszem, to się zdarza, ale tylko wtedy, gdy losowi się choć trochę dopomoże.

Dopóki nie dasz do zrozumienia, że ten układ cię męczy, happy endu nie będzie. Nie da się wyrwać z friendzone, nie zmieniając niczego w swoim zachowaniu. To przecież logiczne – jeśli kilka miesięcy usługiwania i wykonywania poleceń nie przyniosło spodziewanych efektów, to dobitny znak, że w systemie jest błąd.

Długie siedzenie w podobnym układzie to krzywda przede wszystkim dla samej siebie. Nieodwzajemniona miłość plus poczucie wykorzystania to paliwo dla goryczy. Łatwo w takim stanie przeskoczyć ze skrajności w skrajność i przejść na drugą stronę mocy z przekonaniem, że faceci to niewdzięczne, wyrachowane, nędzne dupki. Co wcale nie musi być prawdą, bo ten ktoś może autentycznie swoją ‘ofiarę’ lubić, po prostu nie ma ochoty na prawdziwy związek, tyle, bez żadnych perfidnych motywów. Nie chcąc jednak w żadnym razie dostrzec także swoich własnych pomyłek, przyjmuje się postawę bardzo agresywną, a motywem przewodnim staje się ideologia pod tytułem: nie warto się starać, i tak tego nie doceni. To nieprawda, doceni. Ale musi po prostu chcieć tej wymiany.

3 KOMENTARZE

  1. Bardzo ciekawy post, mój pogląd polega na tym że jesli dojdzie do takiej relacji to, jak w karzdej innej przyjaźni, obie strony powinny być ze sobą szczere i nie bać się powiedzieć co się myśli o drugiej osobie. Jeśli druga osoba nie odwzajemnia naszych uczuć to przynajmniej zyskalismy z tego układu dobrego przyjaciela z którym możemy konie kraść a jednocześnie samemu możemy się rozglądać się za potencjalnymi partnerami. Grunt to szczerość.

    • No właśnie nie zrozumiałaś artykułu. Nie da się przyjaźnić z osobą, w której jest się zakochanym. To będzie udręka. Trzeba zakończyć znajomość i zapomnieć….

      • Owszem będzie udręka. Ale to czy warto czy nie warto oceni każdy sam na podstawie swojej odporności psychicznej. Przygotujcie się na depresje, bezsenne noce brak apetytu, rozpacz, wymioty, głaz w żołądku, i mnóstwo łez w samotności. Na zmianę z euforią i nadmiarem energii. Schudłem prawie 20 kilo w parę miesięcy. Dietetycy mnie nienawidzą.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj