Gdy masz złamane serce, nie da się myśleć o niczym innym, jak tylko o tym jak bardzo boli. Jesteś jak osoba, która mocno zraniła się w kolano i nie może przestać zaglądać pod opatrunek, żeby ocenić proces gojenia i za każdym razem przekonać się, że nie, nie jest lepiej. Jesteś jak osoba, która nie może przestać ruszać bolącym miejscem, choć to powoduje potworny dyskomfort. Twoje serce niczym kość zrasta się po czasie, jednak organizm już na zawsze pamięta o tym, co się stało. Wystarczy prześwietlenie, by uwidocznić miejsce, w którym tkanka kostna była złamana i się zrosła. Czasami złamanie kości pozostawia po sobie ból na zmianę pogody. Podobnie jest z sercem. Raz złamane serce nawet po latach przypomina, w formie ostrzeżenia, jak bardzo cierpiało… Mówi, uważaj, to może się powtórzyć! Robi to często po to, aby uchronić cię od ponownego zranienia…

Jak boli złamane serce?
Złamane serce boli w trudny do opisania sposób. To doświadczenie, które odbiera nam oddech, sprawia, że mamy wrażenie, że tracimy zmysły. Zapadamy się w sobie i docieramy do miejsc w swojej psychice, o których istnieniu nie miałyśmy nawet pojęcia. Jesteśmy wciągane w odmętu cierpienia i desperacji. To jak bagno, w którym toniemy. Dno jest tak muliste, że nie da się na nim stanąć, stąd ssie nas do środka. Wciąga do rzeczywistości, w której brakuje tchu i nadziei. Naokoło jest tylko bezkształtna, brunatnoszara maź, śmierdząca i obezwładniająca. Nie ma miejsca na promienie słońca, zieleń, ani grama nadziei. Jest poczucie straty kontroli nad ciałem i umysłem. Próbujemy wykonać ruch, ale im bardziej się miotamy, tym bagno wciąga nas coraz bardziej.
Boli ciało i boli umysł
Złamane serce boli w szczególny sposób. Bo nie koncentruje się na jednym miejscu. Jest jak płomień, który pożera, spalając nas od środka. Przechodzi przez klatkę piersiową, uderza w brzuch, powodując falę mdłości, zanik głodu, albo wprost przeciwne kompulsywną potrzebę jedzenia. Ciało czuje się zdradzone, zdezorientowane. Z jednej strony chce być przytulone, a z drugiej wie, że nie ma przez kogo. Że droga, którą znało, już nie istnieje…Może stać, trwać, ale buntuje się przeciwko temu. To przeżycie skrajne. Trudne do opisania. Jakby świat się kończył i wszystko, co dotąd ważne przestało mieć znaczenie.
Gdy pęka serce, nasze ciało wydaje się być nie nasze. Odrzucamy je, a ono buntuje się przeciwko nam. Drżymy na całym ciele z buntu i z powodu niezrozumienia. Oblewa nas zimny pot, tak jakby w ten sposób chciał nam pomóc pozbyć się gromadzących się niczym fala tsunami emocji. Jesteśmy niby w swoim ciele, ale jednak gdzieś obok. To co się dzieje z nami jest bowiem tak przerażające, że intuicyjnie staramy się od tego odciąć i spojrzeć na rzeczywistość z góry – jak na bardzo interesujące przedstawienie.
Ciało cię zdradza. Mózg podpowiada najgorsze scenariusze
Ból złamanego serca to synonim utraty poczucia bezpieczeństwa. Tego, co mieliśmy, a zostało nam wydarte i odebrane. To moment, kiedy rozstępuje się ziemia pod naszymi nogami, spadamy i nie mamy się czego złapać. Mózg próbuje gorączkowo szukać rozwiązań, ale nie podsuwa niczego rozsądnego. Jesteśmy zdradzone same przez siebie, ukarane przez los, który właśnie nam udowadnia, że nie można wierzyć nikomu…
Wtedy właśnie wściekamy się również na siebie. Bo żeby ktoś mógł złamać nam serce, najpierw musimy mu to serce ofiarować. Dać je. Otworzyć się na kogoś. To konieczność, bo inaczej nie ma mowy o normalnej relacji. Trzeba zaufać, zaryzykować. To czyni nas szalenie bezbronnymi osobami. I gdy dzieje się dramat, nasz osobisty, wiemy, że źle postąpiłyśmy. Nieodpowiednio oceniłyśmy drugą osobę.
Bo trudno komuś zaufać. A jeszcze trudniej gdy ktoś to zaufanie nadwyręża, a w jakimś sensie jesteśmy na tę osobę skazane. Złamanie serce jest takim procesem. Otwarte na drugiego człowieka otrzymujemy to, czego tak bardzo się bałyśmy, wizję, której nie dopuszczałyśmy do siebie. Po takim doświadczeniu nic już nie jest takie samo.
Raz złamane serce
Raz złamane serce nigdy nie jest już tak otwarte na innych jak za pierwszym razem. Zaczyna obrastać gąszczem cierni, niczym ogrodzeniem, które broni dostępu do wnętrza. Twardnienie i uodparnia się. Tworzy fortecę, która jest głęboka niczym studia. Wypełniają ją łzy i ból, o którym ciało nigdy nie zapomni. Zawsze będzie ono istnieć niczym czerwona ostrzegawcza flaga. Serce staje się bastionem, budowlą obronną, fortecą. Nie dopuszcza do siebie innych. Niekiedy staje się nawet zgorzkniałe, pełne sarkazmu. Tak bardzo zdystansowane, że życie postrzega bardziej jako grę zysków i strat a nie prawdziwe miejsce szczerych relacji.
Jak wszędzie – łatwiej zapobiegać niż leczyć. Szkody poczynione po załamanym sercu są bowiem niemal nie do naprawienia. Można starannie pozbierać każdy drobny kawałek, posklejać wszystko, jakoś się pozbierać. Jednak nigdy nie wymażemy doświadczenia związanego z tą sytuacją. Zawsze będziemy pamiętać.
I nic dziwnego, że z czasem gdy największe emocje opadną, zrozumiemy, że nie jest nam łatwo zaufać. Niekiedy dojdziemy do wniosku, że wolimy nie ryzykować, żeby nigdy już nie doświadczać tego przerażającego poczucia braku kontroli nad własnym życiem.
Lepsza ta pustka niż ryzykowanie wchodzenia w kolejną relację
Refleksja
Czasami chwila wystarczy. Innym razem potrzeba mnóstwo czasu do zrozumienia, że już się nie chce, nie będzie się szukać, angażować…. Odpuszczenie, akceptacja tego, co jest. Cisza i spokój. Wystarczę sobie ja. I tak żyjemy przez miesiące, a nawet lata… Niczego nie pragnąc i na nic nie czekając.
Czasami właśnie wtedy jednak przychodzi do nas dobro. Nasze złamane serce zyskuje spokój i zaczyna nieśmiało podpowiadać nam coś, o czym nawet nie chciałyśmy myśleć. Z jednej strony przeżyte doświadczenia pozwalają na ostrożność. Z drugiej zamrażarka dla emocji, która pozwoliła dojść do siebie przestaje być potrzebna. Po czasie często dochodzimy do wniosku, że serce chce bić : doświadczać, otworzyć się ponownie i spróbować. To lepsze niż namiastka życia, którą oferuje hibernacja. Wtedy opuszczamy okopy naszego żali, z nową nadzieją. Czasami również refleksją, by nigdy więcej nie dawać nikomu takiej władzy nad sobą samą… żeby później cierpieć w niewyobrażalny sposób.